Przyzwyczaiłem się że nasza polityka jest czymś co należy omijać z daleka, ale ponieważ dobro kraju w którym żyję i którego nie bardzo chcę opuszczać leży mi na sercu sprawdziłem dzisiaj listę kandydatów na prezydenta. I zdębiałem.
W czysto hipotetycznej sytuacji gdyby wybory odbywały się metodą "Skreśl kandydata którego najbardziej nie chcesz widzieć na tym stanowisku, a wygrywa ten kto uzyska najmniej głosów" czołówka byłaby bardzo wyrównana. Przynajmniej połowa kandydujących jest, że zacytuję klasykę, z twarzy podobna do nikogo. Jakimś cudem udało im się zebrać wymagane głosy i zarejestrować komitet, ale nie daję im szans nawet nie na zwycięstwo czy wejście do drugiej tury, ale na zdobycie 5% głosów. Lecz to jeszcze nic niezwykłego, takie sytuacje zdarzały się wcześniej. Zawsze było kilka liczących się nazwisk i trochę statystów. Z rzadka któryś z nich potrafił się wybić ponad przeciętność.
Nie, to liczne grono mnie nie dziwi ani tym bardziej nie przeraża. Takie uczucia wywołują we mnie pozostali, ci bardziej znani i mający jakieś podstawy. Tylko że w naszej czysto hipotetycznej sytuacji miałbym ciężką rozterkę kogo wybrać. Bo i kogóż my tam mamy... Jednego kolesia znanego z tego, że załatwia posady swoim kuzynom, pociotkom i wszystkim krewnym-i-znajomym. Jednego nawiedzonego religijnie, kilku buców najwyższej klasy, w tym jednego kryminalistę. W tym towarzystwie PiS miałby spore szanse, zwłaszcza gdyby umiejętnie wykorzystał uczucia jakie pojawiły się wśród Polaków po ostatniej tragedii. Miałby, gdyby nie pogrzebał ich dokumentnie wystawiając człowieka o chyba największym obecnie elektoracie negatywnym. Nie to żeby mnie to martwiło.
I tej niestety zupełnie nie hipotetycznej sytuacji, w której wśród 22 kandytatów ciężko znaleźć jednego sensownego pojawia się smutna refleksja - już podczas ostatnich wyborów słyszałem propozycje, żeby iść do nich wzorem Francuzów w rękawiczkach. Teraz nie pozostało nic innego jak ów pomysł zrealizować. Nasze wybory już jakiś czas temu zmieniły się w wybór mniejszego zła, ale nie pamiętam kiedy ostatni raz był to wybór pomiędzy złami tego kalibru.
Nie chciałem pisać wcześniej, dopóki wszystko nie było dopięte na ostatni guzik. Dzisiaj podpisałem umowę i już jestem pewny - mam pracę. Na razie tylko trzymiesięczny okres próbny, ale nie spodziewam się żadnych problemów. Miałem rację nie bojąc się kryzysu i wracając do kraju. Będę pracował dla jednego z banków, oczywiście w swoim zawodzie, jako inżynier drugiej linii wsparcia. Nowe wyzwania, nowe możliwości. No i płacą całkiem nieźle - nie zdradzę ile, ale powiem tylko że to oni pierwsi wymienili kwotę i było to więcej niż sam miałem zamiar poprosić. No to do pracy, rodacy.
skomentuj (1)
Patrzy na mnie twarz z lustra, jej oczy niebieskie
Nie dają mi zapomnieć, że ponoć jestem człowiekiem.
Więc odchodzę od lustra i o tym nie pamiętam.
Leżąca obok gazeta, którą zabrałem z pracy, nie daje mi z kolei zapomnieć, że chciałem napisać notkę o Halloween. To takie zachodnie święto, znane nam głównie z amerykańskich filmów, którego elementy od paru lat przenikają i do Polski. Dopóki są to przebierane imprezy czy chodzenie dzieci po domach i zbieranie cukierków nie mam nic przeciwko. Ale mam szczerą nadzieję, że nigdy nie przejmiemy tego święta w całości takim, jakie funkcjonuje na zachodzie. Jest to czas w którym, jak mawia mój znajomy, panuje powszechne zezwolenie na okazywanie swojej głupoty i zezwierzęcenia.
Zaczyna się to tak około dwóch tygodni wcześniej. Bandy dzieciaków snują się po okolicy i zbierają dowolne drewno, jakie tylko wpadnie im w łapy po czym palą ogniska świąteczne, tak zwane "bonfire". Co przy nich robią nie mam pojęcia, ważne że palą. Po pewnym czasie zapas łatwo dostępnego paliwa się kończy, a tu nadal jakiś tydzień do Halloween, więc szczeniaki posuwają się do kradzieży, włażenia na teren prywatny i stają się agresywne. Jako że firma w której pracuję ma sporo drewnianych palet, na których przewozi się towary, jest dla nich łakomym kąskiem. Dlatego od trzech lat w tygodniu poprzedzającym Halloween obserwuję ten sam obrazek - do południa wszystko jest ok, na podwórku stoją tiry, kręci się sporo ludzi. I tylko z dwóch bram wjazdowych i jednej bramki dla pieszych tylko jedna duża brama pozostaje otwarta. Reszta zamknięta bardzo dokładnie. Po południu, gdy ostatnie samochody wyruszyły w trasy, a część ludzi poszła do domu są dwie możliwe sytuacje. Albo ktoś nie zdąży zamknąć ostatniej bramy i wtedy mamy całą watachę dzieciaków biegających po naszym terenie, zabierających palety i jedynego ochroniarza próbującego ich jakoś wywalić albo siedzącego ze strachu w swojej budce. Albo jednak uda się zamknąć bramę na czas i wtedy stoją sobie na zewnątrz kombinując jak by się tu dostać do tego dobra, po drugiej stronie ogrodzenia. Niezależnie od tego, szczeniaki zawsze też rozrabiają i wcześniej czy później zjawia się Garda, czyli lokalna policja, próbując ich rozproszyć, czasami kogoś aresztując. Nieodmiennie pojawiają się wtedy kobiety, czasem z małymi dziećmi na rękach i protestują, bo przecież to tylko dzieci, dajmy się im wyszaleć. Nie powiem co o nich myślę, bo staram się przeklinać jak najmniej, a słów cenzuralnych nie znajduję.
Panuje atmosfera zagrożenia, zwłaszcza że niektórzy dorośli też stają się agresywni. W tym roku jakichś trzech palantów szukało ze mną zaczepki w biały dzień, w centrum miasta. Całe szczęście, że jesteśmy rozsądni ludzie, więc ich po prostu olałem i poszedłem, ale poza Halloween takie sytuacje mi się tutaj nie zdarzały.
I wreszcie nadchodzi noc, w trakcie której część ludzi się przebiera i idzie na imprezy, część wychodzi z dziećmi zbierać cukierki, a część... i tutaj posłużę się notką z gazety.
Lokalna gazeta opisuje, jak to służby miejskie szykowały się na długą noc, ponieważ po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat Halloween przypadało w sobotę. Okazało się jednak dość spokojnym w porównaniu z paroma ostatnimi "violence-plagued Halloweens". Dość spokojnym, uważacie. No to popatrzmy jak wygląda spokojne Halloween w Dublinie. Najpoważniejszy wypadek to atak conajmniej czterdziestu ludzi na strażaków próbujących ugasić podpalony samochód. Rzucane kamienie zniszczyły przednią szybę, strażakom na szczęście nic się nie stało. "No arrests were made." (sic!). Gazeta opisuje również za Gardą, że liczba podobnych incydentów była znacznie niższa niż w poprzednich latach, potwierdzają to też strażacy, którym robotę ułatwił padający tego dnia deszcz.
Na koniec przytoczone są statystyki z zeszłego roku. Straż pożarna wyjeżdżała do ponad ośmiuset wezwań, a karetki miały ich ponad pół tysiąca. Wielu strażaków i policjantów zostało rannych, a samochodów podpalonych, dokładne liczby nie są podane. Podany jest za to koszt zniszczeń po podpaleniach i pożarach wywołanych przez ogniska - 1 milion euro. Majątek wart jeden milion euro zniszczony przez dzicz tylko w ciągu jednej nocy zeszłego roku. Porównywalne koszty w latach poprzednich, w tym na szczęście mniej. A to wszystko jedynie w noc Halloween, statystyk na poprzedzające ją dwa tygodnie niestety nie mam.
U nas też można zaobserwować podobne zjawiska. Parę lat temu podobnie dziki był Lany Poniedziałek, do tej pory problemy mamy w Sylwestra i w okresie go poprzedzającym. Ale nie są to aż takie problemy i próbuje się z nimi walczyć. W Szczecinie lokalny samorząd chce uchwalić (albo już uchwalił) by odpalanie petard i sztucznych ogni było legalne tylko w Sylwestra. I mnie się taka inicjatywa podoba.
Byłem dzisiaj na "District 9". Dobry, mocny film. Mimo paru nieścisłości i luk scenariuszowych robi świetne wrażenie. Przy czym łączy kino akcji z wyśmienitym kinem społecznym - daje ostro do myślenia. Nie będę jednak się rozpisywał, recenzje można sobie z łatwością znaleźć, a każda i tak powie to co ja: warto na to iść. Chciałbym za to zapodać parę słów na temat innych filmów, których trailery miałem okazję zobaczyć.
Na dzień dobry "9". Animacja, której co prawda nie reżyseruje Tim Burton, ale ma on udział w procesie twórczym i to widać. Nie jestem jakimś wielkim jego fanem, ale nie da mu się odmówić oryginalności i charakterystycznego stylu. A "9" zapowiada się świetnie. Zresztą zobaczcie sami
Drugi film, który mnie zaciekawił to Avatar. Nie mam co prawda pojęcia o co w nim chodzi, lecz wygląda ciekawie. Mam nadzieję, że dorówna trailerowi.
Poprosiłem dzisiaj szefa o krótką rozmowę i poinformowałem go o tym, że będę chciał odejść z pracy. Wiem, że w Polsce kryzys, ale po pierwsze gdzie go nie ma, a po drugie liczę że doświadczony informatyk jednak nadal jest w stanie znaleźć sobie zajęcie. A Irlandia męczy mnie coraz bardziej - Mort pewnie mnie zrozumie od razu - i nie chcę tutaj zostawać. Dlatego wszyscy stęsknieni za mną już za kilka miesięcy będą mogli odświeżyć tę jakże fascynującą znajomość :-)
skomentuj (5)
Istnieją takie piosenki, które potrafią człowieka ostro wciągnąć. Można ich słuchać w kółko, zaraz po zakończeniu puszczając od nowa, albo od razu w pętli. Właśnie dopadła mnie jedna z nich. A że jestem z natury człowiekiem miłym i chętnie się dzielę, oto ona:
Ciekawa rzecz. Odkąd 1,5 roku temu zacząłem ćwiczyć Kung Fu, praktycznie nie chorowałem. Owszem zdażały mi się jakieś lekkie problemy, ale zawsze bardzo drobne, jakby choroba próbowała się do mnie dobrać i nie mogła. Tymczasem teraz poleciałem do Polski na tydzień, wróciłem i następnego dnia obudziłem się z bolącym gardłem - a jeśli mówię bolącym, to mam na myśli faktycznie bolące, a nie lekkie łaskotanie. Na szczęście nie jest to nic poważnego i wystarczyło że podleczyłem je trochę Guinessem takim psikadłem do gardła, a już jest lepiej. Ale i tak na wszelki wypadek będę kontynuował kurację przez najbliższe parę dni. Więc nie martwcie się o mnie, od tego się nie umiera. :-)